{"id":"jezyk-polski-2010-maj-matura-rozszerzona/zad/Temat 2","paper_id":"jezyk-polski-2010-maj-matura-rozszerzona","number":"Temat 2","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2010,"month":"maj","level":"rozszerzona","text":"Temat 2. Porównaj\nkonwencje\nliterackie\npodanych\ntekstów.\nZwróć\nuwagę\nna wykreowane w nich przestrzenie i bohaterów literackich.\nLalka\nWnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem dojrzeć\nz powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe szło się na lewo,\ndo stołu, za którym stały ogromne szafy, od sklepienia do podłogi napełnione szufladami.\nPapier zaś, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy\nz szybami, a po mydło i krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak\ndrewnianych.\nNawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy naładowanych\ngorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która w zimie paliła się cały dzień, sieć pełna\nkorków do butelek, wreszcie - wypchany krokodylek, długi może na półtora łokcia.\nWłaścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem siwych\nwłosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem, na fotelu obitym skórą,\nubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż szlafmycę. Przed nim na stole\nleżała wielka księga, w której notował dochód, a tuż nad jego głową wisiał pęk dyscyplin,\nprzeznaczonych głównie na sprzedaż. Starzec odbierał pieniądze, zdawał gościom resztę,\npisał w księdze, niekiedy drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad\nbiegiem handlu w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów ulicznych, od czasu\ndo czasu pociągał za sznurek skaczącego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi się najmniej\npodobało, za rozmaite przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin.\nMówię: nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej: ja tudzież dwaj synowcy\nstarego - Franc i Jan Minclowie.\nCzujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi doświadczyłem zaraz\nna trzeci dzień po wejściu do sklepu.\nFranc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że jedno ziarno\nupadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte), podniosłem je nieznacznie\ni zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która wcisnęła się mi między zęby, gdy uczułem\nna plecach coś jakby mocne dotknięcie rozpalonego żelaza.\n- A, szelma! - wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z sytuacji, przeciągnął\npo mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od wierzchu głowy do podłogi.\nZwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć do ust niczego\nw sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla mnie smak pieprzu.\nUrządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę na pęku, wpisał\nrodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł ciągnąć za sznurek kozaka. Patrząc na jego\npółuśmiechniętą twarz i przymrużone oczy, prawie nie mogłem uwierzyć, że ten jowialny\nstaruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz spostrzegłem, że ów kozak widziany\nz wnętrza sklepu wydaje się mniej zabawnym niż od ulicy.\n[ ] W tym otoczeniu upłynęło mi osiem lat, z których każdy dzień był podobny\ndo wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli jesiennego deszczu.\nBolesław Prus, Lalka, Kraków 2004\nNoc wielkiego sezonu\nMój ojciec chodził zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma,\nw jasno oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał.\nPrzez szyby wystawy i portalu dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar\npłynącej ciżby. Nad ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego\nsklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i zakamarków. [ ]\nPoziom rozszerzony\n5\nOjciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i rozgałęziać\npoza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący w mętach nocy.\nNasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem daleki przypływ tłumów, które\nnadciągały. Rozglądał się z przerażeniem po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni\ni rudzi aniołowie dokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłumami, które\nwnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać między siebie,\nrozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w wielkim zacisznym spichlerzu.\nGdzie byli subiekci? Gdzie były te urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych,\nsukiennych szańców? Ojciec podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzieś w głębi domu\nz córami ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnej ciszy\nsklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w tylnych komorach wielkiej\nkolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom\nz kart, i widział gonitwę subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,\nschodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej kuchni, gdzie\nzabarykadowała się kuchennym kredensem.\n[ ] Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy, ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem\nbliski i nagle jasne okna sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,\nrozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec stał się purpurowy\nze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał\nhałaśliwą ciżbą do sklepu, ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły\nwysoko nad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm. Ale sklepienie\nnie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, a zamiast tego każdemu jękowi\ntrąby odpowiadał wielki, roześmiany chór tłumu.\n- Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a wołanie to, wciąż\npowtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło powoli w melodię refrenu, śpiewaną\nprzez wszystkie gardła. Wtedy mój ojciec dał za wygraną, zeskoczył z wysokiego gzymsu\ni ruszył z krzykiem ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą\nw pięść purpurową, wbiegł, jak walczący prorok, na szańce sukienne i jął przeciwko nim\nszaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny i wyważał je z osady, podsuwał się\npod ogromne postawy sukna i unosił je na zgarbionych barach, by z wysokości strącać je na\nladę z głuchym łomotem. Bale leciały, rozwijając się z łopotem w powietrzu w ogromne\nchorągwie, półki wybuchały zewsząd wybuchami draperii, wodospadami sukna, jak pod\nuderzeniem Mojżeszowej laski.\nTak wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi rzekami.\nWypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała wszystkie lady i stoły.\nŚciany sklepu znikły pod potężnymi formacjami tej sukiennej kosmogonii, pod tymi\npasmami górskimi, piętrzącymi się w potężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny\nwśród zboczy górskich i wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów.\nPrzestrzeń sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior i dali, a na\ntle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolin fantastycznego Kanaanu, wędrował\nwielkimi krokami, z rękoma rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj\nuderzeniami natchnienia.\nA u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca, gestykulował lud, złorzeczył\ni czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne ręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe\nsukna, owijali się w zaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie.\nBruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, BN 1998\nPoziom rozszerzony\n6\nna temat nr\nPoziom rozszerzony\n7\nPoziom rozszerzony\n8\nPoziom rozszerzony\n9\nPoziom rozszerzony\n10\nPoziom rozszerzony\n11\nBRUDNOPIS (nie podlega ocenie)","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2010-maj-matura-rozszerzona/zad-Temat_2.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":4,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2010 (rozszerzona)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Temat 2. Porównaj<br>konwencje<br>literackie<br>podanych<br>tekstów.<br>Zwróć<br>uwagę<br>na wykreowane w nich przestrzenie i bohaterów literackich.<br>Lalka<br>Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem dojrzeć<br>z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe szło się na lewo,<br>do stołu, za którym stały ogromne szafy, od sklepienia do podłogi napełnione szufladami.<br>Papier zaś, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy<br>z szybami, a po mydło i krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak<br>drewnianych.<br>Nawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy naładowanych<br>gorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która w zimie paliła się cały dzień, sieć pełna<br>korków do butelek, wreszcie - wypchany krokodylek, długi może na półtora łokcia.<br>Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem siwych<br>włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem, na fotelu obitym skórą,<br>ubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż szlafmycę. Przed nim na stole<br>leżała wielka księga, w której notował dochód, a tuż nad jego głową wisiał pęk dyscyplin,<br>przeznaczonych głównie na sprzedaż. Starzec odbierał pieniądze, zdawał gościom resztę,<br>pisał w księdze, niekiedy drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad<br>biegiem handlu w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów ulicznych, od czasu<br>do czasu pociągał za sznurek skaczącego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi się najmniej<br>podobało, za rozmaite przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin.<br>Mówię: nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej: ja tudzież dwaj synowcy<br>starego - Franc i Jan Minclowie.<br>Czujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi doświadczyłem zaraz<br>na trzeci dzień po wejściu do sklepu.<br>Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że jedno ziarno<br>upadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte), podniosłem je nieznacznie<br>i zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która wcisnęła się mi między zęby, gdy uczułem<br>na plecach coś jakby mocne dotknięcie rozpalonego żelaza.</p>\n<ul><li>A, szelma! - wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z sytuacji, przeciągnął</li></ul>\n<p>po mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od wierzchu głowy do podłogi.<br>Zwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć do ust niczego<br>w sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla mnie smak pieprzu.<br>Urządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę na pęku, wpisał<br>rodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł ciągnąć za sznurek kozaka. Patrząc na jego<br>półuśmiechniętą twarz i przymrużone oczy, prawie nie mogłem uwierzyć, że ten jowialny<br>staruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz spostrzegłem, że ów kozak widziany<br>z wnętrza sklepu wydaje się mniej zabawnym niż od ulicy.<br>[ ] W tym otoczeniu upłynęło mi osiem lat, z których każdy dzień był podobny<br>do wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli jesiennego deszczu.<br>Bolesław Prus, Lalka, Kraków 2004<br>Noc wielkiego sezonu<br>Mój ojciec chodził zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma,<br>w jasno oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał.<br>Przez szyby wystawy i portalu dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar<br>płynącej ciżby. Nad ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego<br>sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i zakamarków. [ ]<br>Poziom rozszerzony<br>5<br>Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i rozgałęziać<br>poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący w mętach nocy.<br>Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem daleki przypływ tłumów, które<br>nadciągały. Rozglądał się z przerażeniem po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni<br>i rudzi aniołowie dokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłumami, które<br>wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać między siebie,<br>rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w wielkim zacisznym spichlerzu.<br>Gdzie byli subiekci? Gdzie były te urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych,<br>sukiennych szańców? Ojciec podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzieś w głębi domu<br>z córami ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnej ciszy<br>sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w tylnych komorach wielkiej<br>kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom<br>z kart, i widział gonitwę subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,<br>schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej kuchni, gdzie<br>zabarykadowała się kuchennym kredensem.<br>[ ] Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy, ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem<br>bliski i nagle jasne okna sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,<br>rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec stał się purpurowy<br>ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał<br>hałaśliwą ciżbą do sklepu, ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły<br>wysoko nad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm. Ale sklepienie<br>nie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, a zamiast tego każdemu jękowi<br>trąby odpowiadał wielki, roześmiany chór tłumu.</p>\n<ul><li>Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a wołanie to, wciąż</li></ul>\n<p>powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło powoli w melodię refrenu, śpiewaną<br>przez wszystkie gardła. Wtedy mój ojciec dał za wygraną, zeskoczył z wysokiego gzymsu<br>i ruszył z krzykiem ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą<br>w pięść purpurową, wbiegł, jak walczący prorok, na szańce sukienne i jął przeciwko nim<br>szaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny i wyważał je z osady, podsuwał się<br>pod ogromne postawy sukna i unosił je na zgarbionych barach, by z wysokości strącać je na<br>ladę z głuchym łomotem. Bale leciały, rozwijając się z łopotem w powietrzu w ogromne<br>chorągwie, półki wybuchały zewsząd wybuchami draperii, wodospadami sukna, jak pod<br>uderzeniem Mojżeszowej laski.<br>Tak wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi rzekami.<br>Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała wszystkie lady i stoły.<br>Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjami tej sukiennej kosmogonii, pod tymi<br>pasmami górskimi, piętrzącymi się w potężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny<br>wśród zboczy górskich i wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów.<br>Przestrzeń sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior i dali, a na<br>tle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolin fantastycznego Kanaanu, wędrował<br>wielkimi krokami, z rękoma rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj<br>uderzeniami natchnienia.<br>A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca, gestykulował lud, złorzeczył<br>i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne ręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe<br>sukna, owijali się w zaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie.<br>Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, BN 1998<br>Poziom rozszerzony<br>6<br>na temat nr<br>Poziom rozszerzony<br>7<br>Poziom rozszerzony<br>8<br>Poziom rozszerzony<br>9<br>Poziom rozszerzony<br>10<br>Poziom rozszerzony<br>11<br>BRUDNOPIS (nie podlega ocenie)</p>","solutions":[]}